Wyobraź sobie całkiem zwykłą niedzielę. Masz za sobą intensywny tydzień, przed sobą kolejny, a jedyne, na co naprawdę masz ochotę, to zostać w domu, zrobić sobie dobrą kawę i przez kilka godzin nie musieć absolutnie niczego. Wtedy dzwoni telefon. Ktoś zaprasza Cię na spotkanie, na które nie masz ani siły, ani ochoty, ale zanim zdążysz się nad tym zastanowić, słyszysz własny głos mówiący: „Jasne, będę”.
Odkładasz telefon i niemal natychmiast zaczynasz żałować swojej decyzji.
Dlaczego właściwie się zgodziłeś?
Bo głupio odmówić. Bo ktoś się obrazi. Bo dawno się nie widzieliście. Bo przecież tak wypada.
I właśnie to ostatnie zdanie jest dla mnie szczególnie ciekawe.
Kto właściwie ustala, co wypada?
Od najmłodszych lat uczymy się pewnych zasad funkcjonowania w świecie. Trzeba być grzecznym, uprzejmym, odpowiedzialnym, nie sprawiać problemów, nie zawodzić innych i najlepiej jeszcze zawsze wiedzieć, jak należy się zachować. Same w sobie te zasady nie są niczym złym, bo dzięki nim potrafimy żyć razem, szanować siebie nawzajem i budować relacje.
Problem pojawia się wtedy, kiedy przestajemy odróżniać uprzejmość od rezygnowania z siebie.
Zaczynamy zgadzać się na rzeczy, których nie chcemy, podejmować decyzje, których nie czujemy, i pozostawać w sytuacjach, które już dawno przestały nam odpowiadać. Czasami nawet nie zauważamy, że robimy to automatycznie, bo przez lata nauczyliśmy się, że cudze zadowolenie jest wystarczającym powodem, żeby zignorować własny dyskomfort.
A potem przychodzi taki moment, kiedy patrzymy na swoje życie i niby wszystko się zgadza. Jest praca, są obowiązki, znajomi, plany, jakieś sukcesy, może nawet całkiem niezłe poczucie stabilności, ale gdzieś pod tym wszystkim pojawia się pytanie, którego nie bardzo chcemy słuchać.
Czy ja naprawdę tak chcę żyć, czy po prostu dobrze nauczyłem się spełniać oczekiwania?
Życie, które dobrze wygląda z zewnątrz
Myślę, że wielu z nas zna to uczucie, kiedy osiągamy coś, co miało przynieść satysfakcję, a zamiast niej pojawia się dziwna pustka. W końcu dostaliśmy awans, kupiliśmy mieszkanie, stworzyliśmy relację albo zrealizowaliśmy plan, o którym od dawna opowiadaliśmy innym, tylko że radość okazuje się znacznie mniejsza, niż się spodziewaliśmy.
Być może dlatego, że niektóre z naszych celów nigdy nie były do końca nasze.
Przejęliśmy je gdzieś po drodze, obserwując rodzinę, znajomych, współpracowników czy ludzi w internecie. Uznaliśmy, że skoro inni do czegoś dążą, to zapewne my również powinniśmy, a później tak mocno zaangażowaliśmy się w realizację tego planu, że zapomnieliśmy sprawdzić, czy nadal ma dla nas znaczenie.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby nagle rzucić pracę, zerwać wszystkie relacje i wyjechać w Bieszczady, chociaż przyznaję, że wizja domku w lesie czasami brzmi całkiem kusząco.
Chodzi raczej o coś znacznie prostszego, ale niekoniecznie łatwiejszego: o odzyskanie możliwości świadomego wyboru.
Bo czym innym jest pójście na rodzinne spotkanie dlatego, że zależy nam na bliskich, nawet jeśli jesteśmy zmęczeni, a czym innym uczestniczenie w nim wyłącznie ze strachu przed czyimś niezadowoleniem.
Z zewnątrz obie sytuacje wyglądają identycznie. W środku mogą być zupełnie różne.
A co, jeśli ktoś będzie niezadowolony?
To chyba jeden z trudniejszych elementów całej tej historii.
Kiedy przez lata jesteśmy osobą, na której zawsze można polegać, która rozumie, pomaga, dostosowuje się i nie robi problemów, każda próba zmiany może wywołać zdziwienie otoczenia.
Ktoś może powiedzieć, że się zmieniliśmy. Ktoś inny uzna nas za egoistów, a jeszcze ktoś będzie próbował przekonać nas, że dawniej byliśmy bardziej wyrozumiali.
I być może będzie miał rację.
Może rzeczywiście się zmieniliśmy.
Tylko czy zmiana zawsze musi oznaczać coś złego?
Przecież mamy prawo z czasem odkrywać, że pewne rzeczy już nam nie odpowiadają, że potrzebujemy więcej spokoju, innych relacji albo zwyczajnie większej przestrzeni dla siebie. Mamy też prawo zmienić zdanie na temat czegoś, co jeszcze kilka lat temu wydawało nam się absolutnie oczywiste.
Jednocześnie warto pamiętać, że życie w zgodzie ze sobą nie oznacza ignorowania potrzeb innych. Nie każda niewygodna sytuacja jest przekroczeniem naszych granic, podobnie jak nie każde zobowiązanie, którego akurat nie mamy ochoty wypełnić, jest czymś, z czego powinniśmy zrezygnować.
Dojrzałość polega również na rozumieniu konsekwencji własnych wyborów.
Ale między odpowiedzialnością a nieustannym poświęcaniem siebie istnieje naprawdę dużo miejsca.
I właśnie tam warto poszukać własnej równowagi.
Może wystarczy jedno pytanie
Nie sądzę, żebyśmy musieli od razu przeprowadzać rewolucję w swoim życiu. Czasami znacznie więcej może zmienić jedna drobna rzecz: chwila zatrzymania przed automatycznym powiedzeniem „tak”.
Zanim kolejny raz zgodzisz się na dodatkowy obowiązek, spotkanie, przysługę czy plan, spróbuj zapytać siebie:
Czy naprawdę chcę to zrobić, czy po prostu boję się odmówić?
Nie zawsze odpowiedź będzie oznaczała, że należy powiedzieć „nie”. Być może zdecydujesz się pomóc komuś mimo zmęczenia, bo ta osoba jest dla Ciebie ważna, albo podejmiesz trudną decyzję, ponieważ wiesz, że jest zgodna z Twoimi wartościami.
Różnica polega na tym, że tym razem będzie to Twój wybór.
A może właśnie od tego zaczyna się życie bardziej po swojemu — nie od wielkich deklaracji, spektakularnych zmian i odcinania się od wszystkiego, co było, ale od coraz częstszego zauważania, kiedy naprawdę wybieramy, a kiedy jedynie odgrywamy rolę, do której przyzwyczailiśmy siebie i innych.
Bo wiesz, co jest w tym wszystkim najciekawsze?
Możesz przez całe życie robić wszystko tak, jak wypada, i nadal nie mieć gwarancji, że wszyscy będą z Ciebie zadowoleni.
Może więc warto od czasu do czasu sprawdzić, czy przynajmniej Ty jesteś.